wtorek, 28 kwietnia 2015

Prolog

Urwany oddech towarzyszył dziewczynie przy każdym kroku. Błękitne oczy śledziły kolejno mijane pomieszczenia. Ciemność przerywały jaskrawe błyski jasnego światła. Adrenalina buzująca w jej żyłach, gotowała się z każdym kolejnym posunięciem, dopingowana przez coraz to bardziej zbliżające się wrzaski. Zauważyli. Zauważyli, że jej nie ma; że uciekła.

Młoda kobieta nie oglądała się za siebie, biegła najszybciej jak tylko potrafiła. Musiała zwyciężyć. Teraz nie było odwrotu. Życie... lub śmierć. Kiedy znajdą - zabiją.

Potknąwszy się o własne nogi, zresztą już ponownie dzisiejszego dnia, upadła na podłogę. Jej głowa z hukiem uderzyła w kamienną posadzkę. Odczekała kilka sekund. Jednak gdy usłyszała skądś nadchodzące krzyki, wyraziście dotarło do niej to, że musi się spieszyć. Ignorując niemiłosierny ból czaszki oraz ciemne plamy pojawiające się przed oczyma, podniosła się oraz lekko się zataczając, ruszyła przed siebie. Strużki krwi spływające po jej nogach i liczne otarcia nie były nowością. Wiele razy cierpiała w swojej celi; w miejscu, w którym znajdowała się, odkąd tylko sięga jej pamięć. Cienie nie były w stosunku do niej łagodne.

Tak naprawdę nigdy nie widziała świata. Potrafiła jedynie wyobrażać sobie jego byt na podstawie opowieści innych jeńców, którzy prędzej czy później, szli na stracenie. Na początku się przywiązywała. Zaczynała ich traktować jako swoich pobratymców, aby następnie stać się obojętną i pragnącą takiego samego losu jak pozostali więźniowie. Co dziwne, nigdy nikt nie wspominał o jej śmierci. Bili, wyzywali, niszczyli psychikę; a jednak nie zabili.

Wydawało się, że ciemne, brudne korytarze nie posiadają końca. Skręcając w następny róg, jasnowłosa dziewczyna zatrzymała się i bacznie zaczęła wpatrywać się w pewien punkt. Przed nią rozpościerała się ostatnia prosta. Kilku promieniom udało się przedrzeć przez szczeliny na krańcu pomieszczenia.

Drobna postać zerwała się do szaleńczego biegu, kończąc go, kiedy natrafiła na potężne wrota. Po ich zręcznym otworzeniu, ogromne słońce pochłonęło jej sylwetkę. Podniosła ręce do twarzy by osłonić się przed niechcianym oślepieniem. Po tym, jak jej oczy przystosowały się do jasności, ruszyła prosto przed siebie. Pusty horyzont nie był do końca tym, czego się spodziewała; jednak jak na obecną chwilę - był najlepszym wyjściem.

- Wolna. Nareszcie wolna. – szepnęła, po czym spojrzała na ogromny budynek za sobą, w którym spędziła tyle czasu. Wciąż rozbrzmiewały tam rozjuszone ryki. Zdawała sobie sprawę, że F.E.A.R. lada chwila wznowi szaleńczą pogoń.


Odwróciła się tyłem do znienawidzonej posiadłości i ruszyła truchtem w poszukiwaniu życia i drogi. Swojej drogi.